Z wizytą u Marysi i Olka Oniszhów …cz.I

Udostępnij

Kilkadziesiąt kilometrów pod Warszawą, w jesiennej scenerii kryje się drewniany dom, który zachwyca swoją prostą, a jednocześnie elegancką bryłą. Zachowany leśny charakter dodaje mu romantyzmu. Marysia i Olek Oniszhowie spełnili swoje marzenie. Przeprowadzili się z miasta tworząc dom i pracownie w jednym. Postawili na symetrię, dużo dziennego światła i modernizm otulony modrzewiem. Oswoili niełatwy teren. Powstało miejsce absolutnie magiczne, które tego poranka pachniało kawą i gorącą tartą ze śliwkami.

Olek – projektant-stolarz, poznaliśmy się, wiele lat temu, kiedy miał jeszcze pracownię na dalekim Żeraniu. Stare maszyny przewędrowały razem z nim do nowego miejsca. Znalazł swój artystyczny podpis, komponując w ciężkim, litym drewnie delikatne faktury i wzory. Tak powstają formy niesamowicie drobiazgowe, zamknięte w obrębie jakiejś, za pośrednictwem których opowiada swoje historie.

Marysia – architekt, poznałyśmy się przy sprzedaży mieszkania w Śródmieściu, które Marysia i Olek powierzyli mi parę lat temu. Klienci mówią o niej nie modny, lecz mądry architekt. Kręci ją najbardziej, kiedy są jakieś ograniczenia. To powoduje, że wie, w którą stronę ma rozwijać swoje założenia projektowe, jaki nadać kształt projektowi.

Współpracują, uzupełniają się, różnią od siebie, inspirują. Dwa światy, które cudownie się przenikają.

Marysia: Dom z pracownią, to było wyzwanie. To był jeden z trudniejszych projektów, z którymi się zmierzyłam. Ekstremalnie trudna działka, z dużymi różnicami terenu, ale udało się!  

Agnieszka: Czym jest dla Ciebie dobrze zaprojektowana przestrzeń?

Marysia: W dobrze zaprojektowanej przestrzeni ważna jest harmonia, proporcje, funkcjonalność. Dobrze zaprojektowane wnętrze obroni się nawet pozbawione dodatków. Jak naga kobieta, która jest piękna, proporcjonalna i harmonijna. Niezależnie od tego, co założy na siebie, będzie wyglądała atrakcyjnie. Przestrzeń jest tłem, formą otwartą, która pomieści wewnątrz dodatki niezależnie od tego co będzie aktualnie modne.

Agnieszka: Tak projektowałaś Wasz dom?

Marysia: Tak, ta przestrzeń jest zaprojektowana z pełną świadomością otwarć widokowych, totalnie funkcjonalna, działająca jak maszyna, w której swojej miejsce zajmują różne obiekty, w tym przedmioty wykonane przez Olka.  

Agnieszka: Co było wyzwaniem jak zobaczyliście działkę?

Marysia: Górka! Różnice w wysokości terenu. To się wiążę później z o wiele bardziej kosztownymi pracami ziemnymi. Trzeba zaprojektować budynek, który będzie miał dostęp do światła. Jesteśmy w lesie sosnowym. Dużej pracy wymagało zaplanowanie otworów okiennych, otwarć na widoki, na las, żeby było przytulnie i jasno. Wyzwaniem był plan zagospodarowania terenu. Chodziło o to, żeby nie było słupa na środku pracowni. Olek kontrolował moje rysunki pod kątem kominów (śmiech). Ale ja lubię ograniczenia, one mnie inspirują, dają ramy do pracy. W sumie dzięki ograniczeniom związanym z przestrzenią pracowni na dole, powstała bardzo ciekawa przestrzeń na górze.

Agnieszka: Pracujecie razem?

Marysia: Tak, na wielu płaszczyznach. Jak Olek “rodzi” swoje projekty pełnię funkcję akuszerki, jestem wtedy w pobliżu i doglądam. Również na mojej płaszczyźnie, projektowej, kiedy mojemu klientowi marzy się obiekt Olka. Wtedy daje wymiary, a resztę pozostawiam Olkowi. Czasami po pracy pomagam Olkowi w pracowni, bardzo mu dopinguje. Widzę, że siła tkwi w jego konsekwencji.  

Olek: Dom był naszym wspólnym projektem. Przez 2 lata, 24h na dobę. Wszystkie decyzje podejmowane były wspólnie.

Dzisiaj moim klientem jest moja żona, dla której projektuje biurko. Myślę o tym jak o obiekcie, nad którym chcę pracować latami. Nad jego transformacjami i wariacjami. Nigdy nie tworzę jednego projektu, który kończę i zamykam. Moje prace pokazują jakiś fragment większej wypowiedzi. Na kanwie jednej realizacji chcę wypowiadać się dalej. Chciałbym to biurko powtarzać, ale nigdy nie jeden do jednego. Myślę o nim jak o opowieści, która zmienia się w czasie.

Mam swój język, którym się posługuję. Interesuje mnie stopień rozedrgania i niejednoznaczności. Ważne jest dla mnie, żeby mieć mocną typologię i w obrębie tej typologi móc się rozbujać. Pomimo pozornej powtarzalności, każdy obiekt jest unikalny, wyjątkowy. Zależy mi na tym, żeby te przedmioty były na tyle nasycone, żeby się nie nudziły. Żebyś mogła codziennie się czegoś doszukać, znaleźć elementy, których się wcześniej nie zauważyło. Kultura materialna ma wiele warstw informacji. Jeżeli ktoś znajdzie w tym design to dobrze, jeśli znajdzie rzemiosło, też bardzo dobrze, jeśli znajdzie sztukę też dobrze. Jeśli mogę mieć szersze pole rażenia, to lepiej dla mnie.   

Agnieszka: Śledzę uważnie Twoją karierę i bardzo Ci dopinguję. Spotykamy się po kilku latach. Gdzie dzisiaj jesteś zawodowo?

Olek: Dzisiaj współpracę z galeriami. Także raczej wymyślam swoje rzeczy. Oczywiście mogę przygotować projekt, ale opiera się to przede wszystkim na zaufaniu, jakim obdarza mnie Klient. Dostaję przestrzeń, w której mogę improwizować.

Agnieszka: Kiedy powstaje Twój przedmiot, jak bardzo jesteś z nim związany? Czy ciężko Ci jest wypuścić go w świat?

Olek: Tak, jestem związany z moimi obiektami. Wypuszczam je w świat z lekkim drżeniem w sercu. Przywiązuję się do moich obiektów, ale to nie jest jednoznaczne. To nie jest tylko pozytywne. Jest dużo tarcia między tym, co stworzyłem. W związku z tym potrzebuję czas, gdzie się adaptuję, gdzie poznaję ten przedmiot. Czasami mam wrażene, że za wcześnie opuszcza pracownie, że nie zdążyłem go poznać.

Agnieszka: Love and hate, masz czasami takie uczucie ?

Olek: Często mam ochotę rzeczywiście porąbać i spalić…

Bardzo dziękuję! Ale to jeszcze nie koniec! Nasz poranek był tak owocny, poruszyliśmy tyle wątków, że szkoda byłoby zamknąć naszą rozmowę w jednominutowej odsłonie. Dlatego już niedługo część druga!

Powiązane wpisy

Brak wpisów