Przyjeżdżamy na zieloną Saskę Kępę.To właśnie tu, w jednej z kamienic ma swoją pracownię Ania Milczanowska. Historyczka sztuki, która odnalazła swoją pasję jako artystka tworząc unikatowe wazy. Posługuje się prawdopodobnie najstarszą znaną techniką wypalania ceramiki czyli w tzw. wykopie w ziemi, w jamie.
Łączy rzemiosło z rzeźbiarskim językiem wyrazu. W jej procesie twórczym ziemia i ogień to dwa żywioły, kótre ze sobą współdziałają, obok artystki, nadają formę, a każdy etap produkcji to spory ładunek emocjonalny i puszczenie kontrolii. Każde dzieło jest niepowtarzalne, w głębokiej świadomości ekologicznej.
Ceramika Ani wyróżnia się surowością, pierwotną prostotą i szlachetnymi, naturalnymi barwami gliny, z której powstaje. Artyska wykorzystuje glinę z Dolnego Śląska, a swoje prace wypala na południu Polski, tworząc przy tym okazję do spotkań ze swoja rodziną.
Agnieszka: Co czujesz kiedy po raz pierwszy dotykasz kawałek gliny jeszcze nie uformowany?
Ania : Czuję przede wszystkim ciekawość. To jest ciekawość, która prowadzi mnie cały czas, prowadzi mnie do wypału kolejnych eksperymentów, do sprawdzenia ich rezultatów. Nad ranem, kiedy już temperatura w jamie, w której wypalam opada, biegnę w kapciach żeby zobaczyć jak wyglądają moje prace. Na ile udało mi się osiągnąć kolorystycznie czy fakturowo to, czego chciałam.
Działam i tworzę intuicyjnie. Mam projekt w głowie. Nie trzymam się tego, co mogłabym narysować na papierze. To jest moja ciekawość materiału. Ciekawość dotyczy także wielkiej przyjemności dotykania gliny i tworzenia z niej. Kiedy glina jest mokra, plastyczna, daje się formować. To niesamowite poczucie obcowania z czymś wyjątkowym. Moja twórczość to pewnego rodzaju powrót w nieznane. Za każdym razem nie wiem, co będzie.
Agnieszka : Mówisz o kobiecości w Twojej ceramice, opowiesz proszę więcej?
Ania : Kobiecość pojawiła się w moich obiektach, w mojej sztuce wtedy, kiedy najbardziej musiałam uwierzyć w siebie i coś zrozumieć. Zawiodłam się na kimś. Już się pozbierałam, zrozumiałam w jaki sposób można wrócić do siebie.
Moje obiekty (nie wszystkie) w dotyku przypominają skórę. Część z nich błyszczy. Z tego, co wiem, osobom, które ich dotykają, kojarzą się z ciałem, z czymś prawdziwym. Ich kształt też nawiązuje do ciała. Widać w nich linie moich bioder czy pleców. Często nawiązuje to też do kobiecego brzucha, kobiety, która spodziewa się dziecka.
W ogóle glina jest ciałotwórcza. My jesteśmy ulepieni z gliny. W wielu religiach powtarza się właśnie ten wątek. Moja twórczość jest rodzajem podróży w nieznane. Nigdy nie wiem do końca jaki to będzie efekt. Czy naczynia będą ciemniejsze, czy będa miały jaśniejsze plamy, czy znajdę je w kolorze piaskowym. Ja nie jestem w stanie tego zaplanować. Tak, jak jestem w stanie zapanować nad gliną, tak nie jestem w stanie całkowicie zapanować nad wypałem.
Myślę, że drugi aspekt tej kobiecości jest związany z rodzinnością, z rodziną, z domowym ciepłem. Można to też postrzegać jako odwołanie do kobiety, która podtrzymuje domowe ognisko. To jest też mocno zakorzenione w naszej kulturze. U mnie te spotkania z rodziną, z przyjaciółmi wokół ogniska bardzo dużo znaczą.
Agnieszka : W dzisiejszym świecie, w którym żyje się bardzo szybko, Ty stawiasz na proces wymagający cierpliwości i pokory.
Ania : Ceramika nie lubi pośpiechu. Jest cierpliwym czekaniem. Czasem obiekty pękają. Dziś już wiem, że można to naprawić. Wypięknić metodą kintsugi, którą na moją prośbę wykonuje Mania Zygzak wspaniała, fantastyczna konserwatorka kintsugi. Rozmawiamy o tym, jak chciałabym, żeby wyglądało wykończenie, jaki kolor wybieramy i ona to kintsugi wykonuje.
Jesteśmy cały czas w procesie, który trwa i który wymaga od nas współpracy cierpliwości i bycia razem. Nigdy nie wypalam sama. Towarzyszą mi rodzina i przyjaciele, z którymi znam się od przedszkola.
Spotykamy się wtedy dużą grupą, a że wypał trwa cały dzień, dużo czasu spędzamy razem. Każdy ma swoje zadanie. Mama i siostry zajmują się wszystkimi, gotują i czuwają nad dziećmi, nad całością. Tata przygotowuje drewno i pielęgnuje ognia, kiedy ja robię sobie przerwę. Bo przy wypale trzeba być niemalże cały czas. Ta temperatura musi być podtrzymywana. Mój brat i szwagier wkładają wazony, wykopują ze mną doły. Więc jest to niesamowite współuczestnictwo w procesie, który trwa, na którego rezultaty razem czekamy. Każdy ma ogromną satysfakcję z tego, co osiągnęliśmy.
Ania, na początku naszej znajomości, wydała mi się osobą o wielkiej romantycznej wrażliwości, jednak w miarę jak rozmowa się pogłębiała, poczułam jej charyzmę i zdecydowanie. Decyzja o obraniu nowej drogi była w absolutnej szczerości ze sobą. Nic więc dziwnego, że jej prace coraz wyraźniej zaznaczają się na polskiej i międzynarodowej scenie artystycznej.
Dziękuję pięknie za rozmowę. Zapraszam na profil Ani https://www.nula.art/
Autorami zdjęć są Paweł Świątek i Ania Milczanowska.



