Z wizytą u …Julii Piekiełko.

Udostępnij


Spotykamy się na poddaszu, gdzie podłoga w szachownicę nadaje rytm naszemu poznaniu. Julia Piekiełko, kobieta, mama, malarka, i jednocześnie współtwórczyni SĀR.
Wiele lat spędziła w Indiach. Robiła rzeczy kompletnie inne od tych, które robi dzisiaj, ale właśnie tam obudziła się jej pasja do piękna. I choć jest osobą niezwykle aktywną, bije od niej cudowny spokój. Uważnie patrzy w oczy rozmówcy. Dzięki swoim różnym doświadczeniom, nauczyła się słuchać siebie samej. Decyzje podejmuje szybko.
Oddziela bycie malarką od działalności SĀR, którą prowadzi wspólnie z narzeczonym Piotrem Niemyjskim. Tworzą kolekcje współpracując z artystami-rzemieślnikami z Indii I Polski. Bez presji, w rytmie, który nadaje moment.
W naszej rozmowie Julia opowiada o miłości do rytuałów, o tym, skąd bierze się ta czułość do rzeczy i co tak naprawdę kryje się za ideą SĀR.

Agnieszka : Powiedz, skąd nazwa SĀR?
Julia : SĀR pochodzi z sanskrytu, dlatego, że marka inspirowana jest w pełni Indiami, łączy w sobie kulturę Polski i Indii. Chcieliśmy oddać cześć światu, który nas inspiruje. Nazwa oznacza coś wyssane z czegoś, duszę. Można to różnie interpretować. Dla nas jest to czerpanie pewnych inspiracji ze wschodu, z Indii i wprowadzanie ich do świata naszej twórczości i kreatywności.
SĀR jest sklepem, który powstał z tęsknoty za tym co piękne, za tym co indyjskie, za tym czego mi brak. Jest platformą do wymiany zdań pomiędzy rzemieślnikami, artystami z Polski, a rzemieślnikami, artystami z Indii. Jest to forma ekspresji moja, Piotra, miejsce gdzie możemy się wypowiedzieć w inny sposób, rodzaj kreacji innej od tego czym zajmujemy się na codzień. Cieszymy się że możemy przedstawić ludziom obiekty codziennego użytku w
zupełnie inny sposób i możemy nawiązać do rytuałów, którymi kierowaliśmy się zakładając SĀR,one za to przybrały formę kategorii jakimi można poruszać się w naszym sklepie, wokół których sami chcieliśmy się obracać. Chcieliśmy pokazać, że przedmiot może być czymś więcej, może mieć swoją historię. Może to być obiekt, może to być tkanina, coś co przy bliższym poznaniu zyskuje dodatkową wartość . Wszystko to, czym się otaczamy, może być głębsze i mieć więcej do powiedzenia.

Agnieszka : Myślę, że zaczynamy coraz chętnie wracać do rytuałów.
Julia : Tak, dla nas są one bardzo ważne. Jednym z nich, tak jak powiedziałam, jest rytuał stołu, spędzania czasu wokół niego. Mamy masę produktów, które sprowadzamy z Indii, ale też takie, które są tworzone w Polsce, które mogą ten rytuał w jakiś sposób wesprzeć i być jego częścią- to szkło użytkowe Agnieszki Bar, cudowne naczynia ceramiczne studia TiiPoi, unikatowe wazony Huba Ceramics czy tez młynki do soli i pieprzu studia Site Practise.
Oprócz tego jest też rytuał medytacji, czyli czasu dla siebie, bardzo szeroko pojętego. Dającego nam ukojenie, spokój, jakąś formę relaksu i tam właśnie jest nasze mydło, kadzidła czy szlafroki. Jest to już teraz bardzo rozbudowana strefa. Jest też strefa tkania, która również łączy się z medytacją. Forma tworzenia tkaniny w
nietypowy sposób, poświęcania jej więcej czasu. To też nietypowe techniki takie jak wyjątkowe bawełniane pledy sujini czy misterne ociekające w jakość splotu prace studia Rest. Indyjskie i polskie projekty przeplatają się nieustannie. Oprócz tego jest jeszcze “Old soul”. Są to stare przedmioty, które często już nie są produkowane, nietworzone, mają setki lat, i które mają swoją historię. Takim przykładem jest talerz. Podróżował z Kantonu do Indii na statku, który się rozbił i talerze zostały porozsiewane po różnych miastach portowych w Indiach. Nam trafił się jeden z nich. Co ciekawe taki talerz można odnaleźć w zbiorach Japońskiego Muzeum Narodowego w Tokio.
Jak się okazało w latach 60tych został nabyty i wzięty omylnie za część zaginionego japońskiego starego serwisu.

Agnieszka : Stoi tu przed nami Wasze mydło, zamknięte w szklanej kopułce z fikuśnym zawijaskiem. Widać, że nie ma tu nawet milimetra przypadku. Wszystko razem stanowi małą rzeźbę. Opowiesz, proszę więcej o tym projekcie?
Julia : Mydło jest ciekawą historią. To jest zapach, który miał uchwycić wspomnienie, a nie być wiernym odzwierciedleniem jaśminu sambac. Chcieliśmy uchwycić moment. Moment nietypowy, przypominający chwilę o poranku, kiedy miasto budzi się do życia. Bombaj, tu jest bardzo intensywnie, trochę wilgotno, trochę ciepło, ale świeżo. I panie, które składają piękne łańcuchy pełne sambac-u. Jaśminu, który zawsze rozwalał mi głowę, był fantastyczny. Używa się go w różnych rytuałach, ale ten rytuał poranku, gdzie kobiety wpinają sobie go we
włosy, szczególnie mnie uwodził. To taka naturalna perfuma, bardzo uwodzicielska. Uważałam, że jest to coś, co is haunting me, więc chodziło za mną i chciałam to gdzieś przelać, a że bardzo nam też zależało na zamknięciu strefy medytacji wyjątkowym produktem okazało się to idealnym momentem. Udało się go stworzyć po dwóch latach
latach. Był proces tworzenia zapachu, i samej formy. Ale cieszę się z efektu końcowego, zwłaszcza, że udało nam się zaprosić wspaniałych twórców do realizacji tego przedsięwzięcia, bo oczywiście wokół mydła musiała powstać cała kolekcja. Więc powstały Kopułki, tu Agnieszka Bar, Jakub Przyborowski, Podstawki i Mydelniczki. To są nasi
mistrzowie, ludzie, którym bardzo ufamy. I jest to dla nas przywilej, żeby właśnie z nimi współpracować.

Agnieszka : Aż ma się ochotę bardziej je kontemplować niż używać…
Julia : Właśnie, coś w tym jest, bo wiele klientek pisze, że nie używało mydła, że ono stoi. I ładnie wygląda. I to jest zaskakujące. Ale to było wymarzone. Ja rzeźbiłam tę formę kwiatu. Zależało mi na tym, żeby ona była delikatna, miała w sobie trochę ulotności, ale była jednak bogata, więc fajnie, że to się wszystko połączyło. Jestem zadowolona z efektu. Z drugiej strony lekko nawiązuje to do moich śliwek. Ono się pięknie trzyma w dłoni. Jest to
rzeczywiście fajny projekt. A śliwka dodatkowo też jest sensualna. Przede wszystkim na tym nam zależało.


Agnieszka : Na początku swojej drogi zawodowej, zajmowałaś się kompletnie czym innym.
Julia : Prowadziłam prywatną agencję twórców filmowych w Mumbaju, zupełnie inna działka. Nie ma przypadków, więc nie nazywam tego przypadkiem. Zaproponowano mi otwarcie i rozkręcenie wówczas nowego konceptu w Indiach. Byłam wtedy bardzo młoda i chciałam osiągnąć dużo i zrobić coś nowego. Też miałam wrażenie, że w Polsce nie było na to takich perspektyw. Mieszkałam wtedy w Krakowie, studiowałam w Katowicach i chciałam coś zmienić. I to była świetna szansa na to, żeby wyjechać, poznać coś nowego. W życiu bym nie przypuszczała, że wyląduję w Indiach. Myślę, że rok wcześniej, gdyby ktoś mnie zapytał, to bym powiedziała, że nie. Ale tam po prostu wszystko złożyło się w dobrym momencie i w dobrym czasie.

Agnieszka : Indie rozbudziły w Tobie pasję do designu?
Julia : Miałam dużo szczęścia. Lądując tam poznałam świetnych ludzi, też ludzi jednak ze strefy sztuki, poza filmem i Bollywood, który jest bardzo specyficzny. Ludzi, którzy zajmowali się designem, sztuką, architekturą. Podobało mi się to i myślę, że to było początkiem jakichś pierwszych myśli odnośnie tego, że może kiedyś fajnie byłoby coś zrobić w tym kierunku, ale nie miałam wtedy na to czasu. Malowałam, ale już na design nie było wolnej chwili. Wtedy, w tamtym czasie, w tamtym życiu. Myślę, że wszystko ma swój sens. I kiedy już nadszedł czas decyzji i rezygnacji z agencji, wiedziałam, że SĀR będzie kolejnym kierunkiem. Design był dla mnie ważny, ale tak naprawdę po powrocie do Polski okazało się jak bardzo brakuje mi moich Indii.

Agnieszka : Wchodząc tu do Ciebie na poddasze, widząc to ciepłe światło, człowiek ma ochotę już nie wychodzić ☺ Czuje się tu wyjątkową energię!
Julia : Tak, coś w tym jest i myślę, że samo miejsce też powoduje to uczucie spełnienia. Takiego kreatywnego, że tu się cały czas coś dzieje, ale jest spokój, nie słychać tego miasta. Można zwolnić.

Agnieszka : Tak, ma się wrażenie, jakby czas tu trochę zwalniał.
Julia : SĀR nas tego uczy, bo SĀR to są relacje nie tylko z artystami, twórcami, rzemieślnikami tu w Polsce, ale i w Indiach. I tam jednak ten cykl zupełnie inaczej funkcjonuje. Są pory roku, którym należy się podporządkować względem projektów czy realizacji, zasady których należy przestrzegać. Są święta, których jest bardzo dużo. I tak
naprawdę to nauczyło nas zwolnić i zaakceptować pewne rzeczy takimi, jakie są. Myślę, że to też Indie nauczyły mnie, że po prostu czasami nie ma sensu uderzać głową w mur. W Indiach np. taka technika jak Ajrakh, której używamy właśnie do drukowania naszych szlafroków, czy drukowania obrusów, wymaga dostosowania się do rytmu rodzinnej manufaktury. Zresztą zaraz Ci pokażę. To jest technika, która wymaga jednak gotowości i konkretnych pół roku do tego, żeby ją wykonać.
Agnieszka : Aż tak?
Julia: Aż tak. Monsun w ogóle nie wchodził w grę, w realizacji. Czyli na kilka miesięcy w roku prace się zatrzymują. To jest muzułmańska społeczność. Jak świętują ramadan, to nie jedzą w ciągu dnia, tylko po zachodzie słońca, I też nie pracują z taka szybkością jak na codzień.

Agnieszka: Poczekaj, to, że są święta rozumiem, ale jaki wpływ dokładnie na pracę ma
Monsun?
Julia: Monsun ma wpływ na suszenie tkaniny, na jakość bawełny w trakcie procesu. Wilgoć, mokro nie pozwala na pracę. Blisko monsunu barwy inaczej się utrwalają, jak jest susza i jest gorąco, wydają się bardziej wypalone słońcem. Za każdym razem seria naszych tkanin wychodzi trochę w innym tonie. Nigdy nie mamy powtórek.
Agnieszka : Trochę też nie ma kontroli.
Julia: Wiesz, ja mogę mieć ciszę z manufaktury przez miesiąc. I ja wiem, że to wynika z tego, że oni są zajęci czymś innym, i odezwą się do mnie, jak będą gotowi.
Agnieszka: To wbrew naszej europejskiej duszy, gdzie wszystko musi być szybko, wszystko na określony termin.
Julia : Biznes musi być inaczej planowany. Musimy brać pod uwagę, że przez następne pół roku nie wyprodukujemy kolejnych tkanin, więc musimy być przygotowani na te sytuacje, mieć plan B. Nauczyłam się też mówić Klientom, że muszą poczekać, że to tyle trwa. Przestałam się już katować za to, że czegoś nie zrobię na czas, albo, że musimy mieć kolejną nową, świeżą kolekcję w roku. Tego już nie ma.
Agnieszka : Czy coś jeszcze na to wpłynęło?
Julia : Tak, moment zajścia w ciążę. Wtedy zdałam sobie sprawę, jak to jest ważne. Zadręczałam się odpowiedzialnością tworzenia nowych kolekcji. I ostatnią kolekcję wypuściłam chyba 15 maja, zresztą dzięki gościnności Independent House. Dziewczyny użyczyły nam wnętrza do tego, żeby pokazać kolekcję. I to było tydzień przed porodem, więc jakby bardzo mało czasu. I później żałowałam, że tak naprawdę nie dałam sobie więcej oddechu, że nie uszanowałam samej siebie w tym wszystkim, tylko parłam, bo chciałam pokazać coś świetnego, nad czym pracowaliśmy przez pół roku. Z twórcami z Polski. To był pierwszy raz, kiedy tak naprawdę większość projektów była tworzona tutaj. Dużo się wtedy nauczyłam podczas tych kilku miesięcy, więc naprawdę chciałam pokazać, co pięknego udało nam się zrobić. I pokazać to zanim pojawi się Kosma, bo wiedziałam, że później przepadnę. I tak się stało, oczywiście. Ale dzięki temu zrozumiałam, że właśnie czasami możemy
powiedzieć nie. I że to może być zupełnie inaczej, że mogę powiedzieć ’’nie’’ samej sobie, bo to chodzi głównie o postanowienie we mnie samej. I dzięki temu udało się to wszystko połączyć, więc fajnie. Teraz mam większy dystans do tego wszystkiego. Mówiłam Ci o tym, że powstaje nowa kolekcja, ale ja nie wiem, kiedy ona się pokaże. Daje sobie trochę przestrzeni i przestrzeń dla innych by wszystko jakoś samo się poukładało.

Agnieszka : Oddzielasz fakt bycia malarką od działalności SĀR?
Julia: Tak, są to dla mnie zupełnie inne strefy. Bycie malarką jest czymś intymnym, co zachowuję tylko dla siebie. To jest taka moja strefa, gdzie mogę się wypowiedzieć. Natomiast one mają prawo się wzajemnie inspirować. Czasami zdarza mi się przeplatać fascynacje barwą. Wtedy pojawia się coś w kolekcji SĀR, co nawiązuje do jednego z moich obrazów. SĀR daje mi inną wolność. Daje mi wolność rozmowy z ludźmi, kreatywnego myślenia, innej dynamiki. Jednak bardziej łączy się z biznesem, co daje też pewnego rodzaju równowagę i pozwala mi stąpać po ziemi. Myślę, że to jest dosyć istotne. Dzięki temu, że jest Piotr i SĀR nie jest tylko stworzony przeze mnie, to jest ten balans, który jest potrzebny. Bo on mobilizuje mnie do tego, żeby się zatrzymać i zastanowić. Jestem osobą, która podejmuje decyzje dosyć szybko, nie pod wpływem impulsu, raczej po prostu szybkie przemyślenie
sytuacji i ocena tego, na ile warto ryzykować, co robimy i co wprowadzamy. A ja lubię ryzykować i stawiać na jedną kartę. Często jest to podyktowane jakąś inspiracją albo jakimś zachwytem. Czasami jest marzeniem, które wydaje się na początku nie do spełnienia, nie do osiągnięcia, ale później się okazuje, że w sumie nie jest tak źle. Ale tak, dzięki temu, że jest Piotr, to jednak jest ten balans i też dzięki temu udaje mi się uzyskać równowagę pomiędzy
życiem jako malarka, a jako osoba, która projektuje, ale też spotyka się z ludźmi i prowadzi ten biznes w zupełnie inny sposób, więc fajnie jest mieć te dwie strefy. No a teraz jeszcze jestem mamą, więc to jest kolejny etap. Macierzyństwo jest wspaniałe. Nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie uderzy i będzie takie intuicyjne. Zresztą ja zawsze robiłam wszystko z intuicją i tym się bardzo kierowałam w swoim życiu, ale teraz to jest zupełnie dla mnie inna strefa. I też powoduje, że zwolniłam, że się nie bije się w piersi, że nie mam tego poczucia, że muszę zaraz coś zrobić. Daję sobie przestrzeń i też przestrzeń dla Kosmy.

Agnieszka : Jakie są proporcje Waszej współpracy z artystami z Indii i z Polski?
Julia : Myślę, że to jest 50/50. Ponieważ te kolekcje są bardzo małe, zawsze staram się znaleźć jakąś równowagę pomiędzy jednym a drugim. Oczywiście nie uzależniamy się od jednego z rynków, bo to byłoby bardzo ciężkie. Biorąc pod uwagę pandemię czy różne inne sytuacje, byłoby to niemądrą decyzją, więc staramy się jednak rozłożyć te projekty pomiędzy dwa kraje. Jednak Indie są głównym miejscem inspiracji, na tym się skupiamy, więc szukamy
nowych tkanin, nowych twórców, manufaktur, które mogłyby nam pomóc w pokazaniu czegoś nowego. Pewne rzeczy kontynuujemy ze studiami, z którymi pracowaliśmy do samego początku. Na pewno będziemy kontynuować współpracę z twórcami tutaj w Warszawie, w Polsce.

Agnieszka : Często bywasz w Indiach?
Julia : Teraz już nie. Musiałam sobie to ułożyć zupełnie inaczej. Bo pierwsze dwa wyjazdy na początku otwarcia to był research. I on się udał, był świetny. Dużo manufaktur teraz odkryliśmy tak naprawdę zdalnie. To jest jednak to, że jeżeli już z kimś złapiesz więź i pojawi się manufaktura, z którą świetnie się współpracuje, zdarza się, że oni potrafią polecić kogoś z konkretną techniką lub też ludzi, z którymi dobrze im się pracuje i to tak powoli się rozwija. Za nami wiele lat pracy, więc jakby potrafiliśmy sobie to wszystko poukładać. Wiem gdzie zadzwonić, w razie czego, kogo poprosić o jakąś rzecz. To się napędza też. Czasami coś się odkrywa zupełnie przypadkiem. Jedyną strefą, której mi brakuje i którą pewnie za niedługo będziemy musieli uzupełnić, to jest “Old Soul.” Własnoręcznie zbieramy rzeczy z różnych części kraju, nikt nam w tym nie pomaga. To jest jedna rzecz, którą mam gdzieś z tyłu głowy.


Agnieszka : Masz poczucie spełnienia dzisiaj?
Julia : Nie. Myślę, że ciężko jest to uzyskać osobie kreatywnej, która cały czas chce robić coś nowego. Nie wiem, czy przychodzi coś takiego jak poczucie spełnienia. Ostatnio o tym myślałam. Zresztą ty sprowokowałaś mnie do tego, żeby zadać sobie to pytanie. Jestem szczęśliwa. Na pewno pojawienie się Kosmy bardzo zmieniło nasze życie. Na lepsze. Na pewno dało poczucie spokoju w tym wszystkim. I takiej nowej roli, wyzwania dla mnie, żeby
się jej uczyć. I być jak najlepszą mamą i partnerką. Ale też nie chciałabym innych rzeczy zostawić odłogiem. Tylko jednak malarstwo jest dla mnie bardzo ważne. Zawsze będzie. I pamiętam, że nawet jak było trudno i były ciężkie momenty, to malarstwo było. I myślę, że to się nie zmieni. A SĀR, mam nadzieję, że przybierze jakąś nową formę. Wizji jest sporo. I myślę, że jeszcze jesteśmy niezdecydowani, w którą stronę pójdziemy. Myślę, że ten kierunek sam się troszeczkę wyłoni. Na razie obserwujemy. Myślę, że świat rzemiosła, designu zmienia się w Polsce. Jednak jako sklep jesteśmy uzależnieni od odbiorców, od klientów. Ale też nie będziemy zaprzestawać w tworzeniu pięknych kolekcji. Jakąkolwiek drogą pójdziemy myślę, że będzie ona satysfakcjonująca i kreatywna, a czas pokaże na ile będziemy w stanie sprawdzić się na tym rynku i utrzymać.

Agnieszka : Jestem ciekawa Twojej opinii, jak widzisz rozwój polskiego rzemiosła?
Julia : To jest moim zdaniem pytanie rzeka. Myślę, że jesteśmy bardzo młodym rynkiem. Który dopiero zaczyna rozkwitać. Myślę, że nasze projekty są coraz to lepsze. Są świetne. Myślę, że możemy pokazać o wiele więcej i robić o wiele więcej. No ale to jest też kwestia potrzeb rynku.. Nasza świadomość się rozwija. Nie powiedziałabym, że jest to świadomość, która pozwala nam na rozwinięcie skrzydeł. Nie. Ale myślę, że jest to pole do popisu. I to
jednak, że pojawiają się chęci do tego, żeby inwestować w rzemiosło, w design, w sztukę. To się zaczyna zmieniać. Myślę, że potrzebujemy jeszcze dekady do tego, żeby naprawdę twórcy odczuli różnicę. I nie mówię o garstce twórców, mówię o w ogóle rynku. No więc sama jestem ciekawa i obserwuję i cieszę się, że powstają nowe miejsca, że wiemy coraz więcej o nowych twórcach. To jest świetne, ale myślę, że jeszcze potrzebujemy czasu.

Agnieszka : Tak, teraz myślę, że jednak nazwa SĀR jest oczywista. Nie mogła by być żadna inna.
Julia : Nie mogło być nic innego. A kreska nad A, że właśnie jest to długie, takie SAAAAR. I myślę, że właśnie mieści w sobie wszystko, co chcieliśmy przekazać. Jest to inspiracja. Jest to coś naszego, zupełnie naszego, bo to się pojawiło z chęci tworzenia rzeczy, a nie stricte biznesu. Odtworzenia pewnych rzeczy z mojej pamięci. Nadania im naszego charakteru. I tak to się wszystko rozkręciło…

SĀR łączy w sobie produkty, które są tworzone w Indiach i stoi za tym masa wspaniałych ludzi. Są projekty, które liczą sobie w tradycji setki lat i są pokoleniowe. Można powiedzieć, że stoją za tym całe rodziny. Są projekty młodych twórców, architektów, czy też artystów, którzy pojawili się dosyć niedawno na rynku. Są produkty, które są zupełnie użytkowe, jak ten młynek do soli i pieprzu, który ma świetną historię i wywodzi się z miejsca, które słynie z
produkcji drewnianych zabawek dla dzieci. Jest to studio Site Practice. Sam projekt nazywa się Build Editions. Jest to studio, które łączy w sobie twórców z Amsterdamu i z Bombaju. Są to architekci i sam projekt powstawał wiele lat. Uważam, że jest świetnym użytkowym projektem. Natomiast jest też np. Tosha Jagad, która tworzy takie koty w technice Nerikomi. Nas uwiódł oczywiście wzór wgnieciony w strukturę gliny;)

Pięknie dziękuję za rozmowę. Spotkanie przypomniało mi, że w świecie, który gna piękno wciąż wybiera swój własny rytm, a SĀR jest tego najleszego dowodem. Zapraszam Was serdecznie: https://sarstore.pl/

Powiązane wpisy

Brak wpisów